Wciskam PAUZA i przełączam się na tryb SLOW

18:00


Dzień jak co dzień. Biegam po domu i myślę co by tu jeszcze zrobić, obiad nastawiony, pranie się pierze i jeszcze poodkurzać trzeba, bo jak przejść przez podłogę nie ma. Złoszczę się, że codziennie to samo, codziennie brudna podłoga, brudne naczynia w zlewie, tysiąc spraw do zrobienia, a Antosia jeszcze zaczyna marudzić,
bo pewnie śpiąca jest albo jeść jej się chce, a Artur tylko wrzeszczy, że mu obiecałam kinder niespodziankę jak będzie grzeczny, a przecież od rana szaleje i do grzeczności to mu daleko. Chciałabym wszystko szybko, tak zanim A. przyjdzie do domu żebyśmy mogli w czystym w spokoju posiedzieć i powygłupiać się razem. I gonię tego króliczka co to mi zawsze ucieka, a w głowie tylko złość i niedokończone sprawy.................

Między mieszaniem w garnku a myciem naczyń spoglądam na dzieci bo tak nagle jakoś się cicho zrobiło, a dopiero co krzyk i płacz był. W jednej sekundzie wciskam PAUZA i widzę jak Artur swoją siostrę przytula, chociaż ona rączkami go niby odpycha, bo przytulić się jeszcze nie potrafi i słyszę jak mówi do niej kocham Cię Antosiu, nie płacz pobawimy się razem ,a ona jak w hipnozie przestaje marudzić i łapie za samochodzik, który jej brat daje. Patrzę jeszcze przez chwilę i próbuję zapamiętać jak w najdrobniejszym szczególe i to co czuło wtedy moje serce i co oczy widzą też, siadam obok nich i nie mogę przestać na nich patrzeć i uśmiechać się do nich, chociaż jeszcze przed chwilą się złościłam na ten hałas. Z tego transu wyrwał mnie odgłos kipiącego obiadu, jaka ja zła byłam wtedy na ten obiad, że mi te piękne chwile odbiera i każe znowu wrócić do tego króliczka. 

Nie umiem przejść na tryb SLOW, chcę tego bardzo bo szkoda mi czasu kiedy moje dzieci są małe i jeszcze większość doświadczeń to ich pierwszy raz, ale tak się umiem nakręcić i zakręcić w tym moim chcę WSZYSTKO TU I TERAZ, że zwolnić jest cholerne trudno. Próbuję za każdym razem kiedy sobie o tym przypomnę i tak po prostu być, nie złościć się, nie śpieszyć się nigdzie i docenić to co mam obok siebie. Bo mam WSZYSTKO A CHCĘ JESZCZE WIĘCEJ i zawsze jest lepiej tam, gdzie mnie nie ma. Może taka natura człowieka, a może po prostu ja mam taki charakter, że do tej pory nie wiem jak to się stało, że wraz z urodzeniem dziecka, od tak, w jednej sekundzie zmieniło się całe moje życie i z aktywnej dziewczyny zmieniłam się w ciepłą mamuśkę, którą trudno wyciągnąć z domu. 

Koniec tej złości, tych nerwów, że nie zdążę na czas, tym bieganiem za króliczkiem i dążeniem do ideału. Trzeba sobie w końcu zdać z tego sprawę, że nie można we wszystkim być idealnym, że zafiksowanie na punkcie czystego domu, ładnie ubranych dzieci, pięknych zabawek i jeszcze do tego czasu dla siebie i swoich pasji, albo swojego faceta i romantycznych wieczorów, może tylko doprowadzić do nerwicy, a najprawdopodobniej najbardziej ucierpisz na tym Ty sama lub Twój związek. Przykro mi, ale w końcu musisz sobie zdać z tego sprawę, że sama wybrałaś takie życie. Właśnie tego faceta chciałaś, właśnie tego krzyczącego dziecka chciałaś (przypomnij sobie jak bardzo o nim marzyłaś, jak bardzo będąc w ciąży chciałaś usłyszeć jego głos i dotknąć małego ciałka) i to, że nie zdawałaś sobie sprawy z tego jak to będzie w rzeczywistości wyglądać, to już nie ma znaczenia, teraz od Ciebie zależy czy będziesz wiecznie niezadowolona z grymasem na twarzy (tak jak do niedawna byłam ja - shit) czy spróbujesz odpuścić bycie idealną we wszystkim: BO JA TAK CHCE I TAK MA BYĆ na rzecz odrobiny szczęścia. 

Wiecie, że na wiadomościach albo reklamach Fundacji dla dzieci ryczę jak bóbr? Wystarczy kilka sekund i łzy same cisnął się do oczu, dlatego, że tyle dzieci musi cierpieć i tyle nieszczęścia ich spotyka też, ale najbardziej płaczę nad tym, że ja to szczęście mam w swoich ramionach i nie potrafię na co dzień docenić. Wkurzam się wtedy sama na siebie i nie mogę zrozumieć, czemu ja się tak złoszczę, czemu mi wszystko przeszkadza i czemu widzę tylko to czego nie mam, a nie patrzę na to co jest obok mnie i daje mi najwięcej szczęścia. NIE DOCENIAM Tego, że mam piękne zdrowe dzieci, co z tego, że hałasują, marudzą, domagają się swojego jak nikt inny i czasem mam ich po dziurki w nosie, ale , a ja nie muszę patrzeć jak cierpią w szpitalnej sali. Tego swojego chłopa, co to dla nas pracuje całymi dniami i nie domaga się wyjścia wieczorem z kumplami na piwo, bo woli z nami posiedzieć, na dzieci popatrzeć. A przecież mogło by go nie być, może musiałby za granicę za chlebem jechać i nie widziałabym go całymi miesiącami płacząc po nocach w samotności, a może wódkę by wolał pić niż wysłuchiwać moich żali. Tyle przypadkowych rzeczy mogło by się wydarzyć, tyle nieszczęścia dookoła, a ja przy ciepłym kominku z dziećmi siedzę, na spacery chodzę świat im pokazywać, ten mój chłop wszystko robi tak, żeby w domu było co potrzeba, a ja mu jeszcze zrzędzę nad głową, ze może by tak a nie tak. A kiedy widzę te wiadomości to płaczę nad swoją głupotą i za każdym razem obiecuję sobie dostrzegać tylko te dobre strony, te najdrobniejsze szczegóły dzięki którym jestem szczęśliwa. 

Wciskam PAUZA i przełączam się na tryb SLOW!




Zobacz Również

0 comments

Archiwum